OD ZMIERZCHU DO ŚWITU

Ostatnie 3 kilometry to najłatwiejsza część szlaku. Szeroka, leśna droga prowadzi w dół, prosto na metę. Tam czeka gorąca herbata, prysznic, namiot z polowym łóżkiem i BEZRUCH!!!  Mijają jednak kolejne minuty i kolejne metry drogi pozbawiają złudzeń i wysysają siły. W końcu są światła mety – ze zdziwieniem stwierdzam że nie czuję wielkiej radości. Dominuje uczucie wielkiej ulgi! Dopiero później w miarę odzyskiwania sił i nawadniania wycieńczonego organizmu wsącza się w głowę uczucie ogromnej satysfakcji!

V Edycja Marszu Generała Nila „Od zmierzchu do świtu” to impreza której nie znajdziecie w kalendarzach biegowych publikowanych na portalach czy czasopismach sportowych. Organizatorem jest Jednostka Specjalna Nil z Krakowa. Wśród uczestników dominują komandosi z Lublińca, Agatu, Nilu, spadochroniarze i policjanci, funkcjonariusze BOR-u ale również biegacze, sympatycy wojska i ambitni turyści. Założeniem jest pokonanie prawie 49 km trasy o przewyższeniu 2500 metrów po szlakach Beskidu Wyspowego i Makowskiego. Przeznaczono na to czas od godziny zmierzchu – 18.55 do świtu – 6.16. W odróżnieniu od innych biegów tylko na jednym punkcie można uzupełnić wodę i napoje izotoniczne. Poza tym wszystko musicie nieść przy sobie.

Szlak prowadzi przez historyczne miejsca związane z walkami lokalnych oddziałów partyzanckich w czasie II wojny światowej. Duża część uczestników wraca kilkakrotnie aby po raz kolejny póbować ukończyć trasę lub poprawić czas. W tym roku na 178 startujących do mety w wyznaczonym czasie dotarło 137 osób. Wygrał z czasem 5 godzin i 41 minut Rafał Jura mający na koncie m.in ukończenie legendarnego 168km-owego Ultra Trial du Mont Blanc 2016 na 52 miejscu. Nam w duecie z Przemkiem udało się ukończyć trasę na 9 mcu z wynikiem godzinę gorszym od zwycięzcy.

Poniżej zapraszam na mały ROZKŁAD JAZDY tego wydarzenia:

godz. 18.50 – Polana Sucha 700 m.npm

Za 5 minut ruszamy. Nie odzywamy się za wiele do siebie. Jak większość uczestników jesteśmy tu kolejny raz. Pamiętamy że w ubiegłym roku było ciężko. Szkocka orkiestra gra ostro na dudach aby dodać nam sił, ale na wielu twarzach widać niepewność.

W końcu pada komenda start. Szybkobiegacze z czołówki ruszają od razu ostro. My ustawiamy się grzecznie pod koniec stawki i spokojnie maszerujemy w kierunku szczytu Lubomira.

godz. 19.25 – Lubomir 904 m.npm

Przed nami budynek obserwatorium astronomicznego na szczycie Lubomira. Kilka fotek i zaczynamy zbieg. Pierwsze kilometry po lużnych kamieniach nie poprawiają morale. Wciąż wisi nad nami widmo niepewności, obawa jak to będzie. W końcu wybiegamy z lasu na polanę. W świetle księżyca widać światełka beskidzkich osad w dolinach i odległe szczyty które musimy zaliczyć. Trochę dalej niż oczekiwałem. Nie chce się wierzyć że tam dzisiaj dotrzemy. Jednak w głowie powoli pojawia się wola walki i zmierzenia się z tym Wyzwaniem.  Na trasie widać sznur światełek innych zawodników.

lubomir-czarna

godz. 20.40 – Kasina Wielka

W dolinie panuje orzeżwiające zimno. Organizator zapowiadał spadek temperatury nawet do 3 stopni. Biegniemy asfaltem między domami w akompaniamencie ujadających psów. Beskidzkie wioski mają w sobie specyficzny klimat. Pełno tutaj kapliczek i drewnianych chałup. Mimo tego rozczarowani opuszczamy Kasinę – nie spotkaliśmy Justyny Kowalczyk. Na pocieszenie organizator zapewnia nam jednak ostre podejście na Lubogoszcz. Dla poprawienia morale dzwonimy do domów zapewniając żony, że zabawa jest fantastyczna i mogą tylko żałować że nie ma ich tu z nami.

godz. 21.20 – Lubogoszcz 967,6 m. npm

Góra zaskakuje. Mimo ponad 400-metrowej różnicy poziomów na ostrym podejściu, to długi zbieg czarnym szlakiem daje popalić. Skończyła się zabawa, zaczyna się poważne bieganie. Trasa prowadzi wyżłobionym przez wodę korytem strumienia pełnego lużnych kamieni. Bezlitośnie testuje koordynację ruchową. W świetle czołówki trzeba bardzo uważać żeby nie skręcić nogi. Z ulgą docieramy do kolejnej doliny za którą w nocnych ciemnosciach wyłania się gwóźdż programu – potężny masyw Szczebla.

godz. 22.50 – okolice szczytu Szczebel 977 m. npm

Szczebel nazywany jest golgotą Beskidów. Strome podejście o różnicy poziomów 620 metrów i nachyleniu miejscami 40 stopni to wisienka na torcie całej trasy.  Słychać tylko ciężkie oddechy, nikt nie ma ochoty na rozmowy. Podchodząc używa się rąk do podciągania na rosnących na trasie drzewkach. Dla ułatwienia konstruujemy z gałęzi prowizoryczne kijki. Pozwala to wyprzedzić kilku zawodników. Mimo to dopada nas kryzys to już prawie 4 godzina biegu. W kopule szczytowej musimy się zatrzymać i dorzucić do pieca parę batonów i bananów. Na tą okazję targałem tu naszą cudowną broń – wyciągam z plecaka puszkę coli i staropolskim zwyczajem walimy z gwinta. W tym czasie mijają nas kolejni zawodnicy i tracimy ciężko wywalczoną przewagę. Po odpoczynku ruszamy dalej. Kryzys łatwo nie odpuszcza. Dobijają nas jeszcze żołnierze na szczycie informując, że to dopiero 20-ty kilometr trasy. Liczyliśmy że jesteśmy już conajmniej za połową – powiało klęską. Po chwili dodają jednak, że mamy pozycje 13 i 14 i niewiele straty do poprzedników. Tego się nie spodziewaliśmy. Bez słów zaczyna się mobilizacja. Stromy i niebezpieczny zbieg w kierunku Małego Szczebla to dla nas odrodzenie. Podejmujemy tutaj ryzyko i dociskamy tempo doganiając poprzedników i przesuwając się bliżej czołówki.

między 0.05 a 01.10 – szlak Kamionka 620 m npm – Patryja 763 m npm

Od godziny zmagamy się z ostatnim grzbietem na trasie. Niby nie zostało dużo – około 13 km. Nie ma też większych podejść, jedynie 30-40 metrowe odcinki. Trasa jednak kluczy w lasach, przeplata odcinki płaskie kolejnymi podbiegami nie pozwalając utrzymać rytmu. Nie chce nam się już w ogóle rozmawiać, musimy się skupiać na szukaniu chemicznych świateł oznaczających szlak, bardzo łatwo tu zabłądzić. Nic już nie jemy, łykamy tylko wodę i izotoniki. Prawdziwy sprawdzian naszej silnej woli. W końcu docieramy do rozgałęzienia szlaków na Trzech Kopcach. Odtąd już tylko w dół.

godz. 01.40 – Meta – Koniec!

Ponad 6 i pół godziny napierania za nami. Wlewamy w siebie litry napoi i walimy się do śpiworów. Ból mięśni nie daje jednak zasnąć. Po krótkim śnie pobudka i jedziemy do domu. Żegna nas widok snujących się między namiotami obolałych postaci z obojętnymi minami. Zmęczenie nie pozwala świętować.

Na koniec małe podsumowanie o „zdobywaniu niepotrzebnego”.

  • Do domu przywiozłem medal, koszulkę i paczkę makaronu (w ubiegłym roku była jeszcze mielonka wojskowa w puszce)
  • Chwilowo mam problem z wchodzeniem schodami na 4 piętro.
  • Nie ma znaczenia co jem, byle było tego dużo.
  • Buty do biegania schowałem w najgłębszej szufladzie.
  • Nie mogę też poleżeć w łóżku w jednej pozycji dłużej niż kilka minut nie stękając.
  • Zresztą i tak od kilku dni nie potrafię się porządnie wyspać.

Za to w głowie mam permanentny uśmiech i załadowany do pełna magazynek wiary w siebie!

Spędziłem też „ciekawą noc” w towarzystwie gościa, który pokazał co to walka jadąc ze mną bez względu na okoliczności na jedną z najcięższych imprez w których startowałem. Lepszego Partnera sobie nie wyobrażam. Jedyną inną osobą z którą mógłbym ponownie stanąć na starcie Nila jest tylko moja Szanowna Małżonka (ale nie mogłaby wcześniej czytać regulaminu ani znać długości trasy. Poza tym w chwili obecnej twierdzi że w 7 miesiącu ciąży ma lepsze rzeczy do roboty niż szwędanie się nocą po pagórach). Także Wielkie Dzięki Przemo!!! I do następnego razu.

A na koniec fotka oddająca nasz stan po osiągnięciu mety. Na medalu jest taka sentencja „VENI, VIDI, VICI”. Zobaczcie sami czy to prawda.

veni-vidi-vici

Autor: Tomek Ciepliński. nr 18

Zdjęcia: Przemysław Ćwiek. nr 24

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s